Co to jest metoda poznawcza "racjonalizmu"?
Tytułem pewnego wprowadzenia do poniższych wywodów Agnosiewicza chciałbym napisać, że jego odpowiedź na mój tekst wbrew pozorom i mimo jego eksponowanej co chwila pewności siebie nadal niestety nie rozwiązuje dylematów, jakie omówiłem w komentowanym przez niego tekście. Jego tekst składa się przede wszystkim z pustych deklaracji (tych samych, które krytykowałem w mym tekście właśnie za brak ich uzasadnienia), wymijania tego co pisałem przez rozkładanie akcentów nie tam, gdzie ja je kładłem, ślizgania się po powierzchni mych argumentów i nie dotykania tkwiącej w nich dużo głębiej istoty rzeczy, przedwczesnego „odtrąbiania zwycięstw” nad tym co napisałem, ciągłego powielania pewnych utartych schematów myślowych, stereotypów, itd. Niestety, samo napisanie repliki pełnej wyrażanego co chwila przekonania o swej racji nie wystarczy jeszcze do tego, aby rzeczywiście mieć rację. Odpowiedź Agnosiewicza na mój tekst jest zaś jednym wielkim wyminięciem postawionych przeze mnie problemów. Kiedy tylko nie może on odeprzeć jakiegoś twierdzenia, to dla odwrócenia uwagi od istoty sporu albo atakuje on teizm za coś tam, albo przeskakuje od razu na kwestie drugorzędne, wymijając istotę zagadnienia. Dobrym przykładem tego jest skomentowanie przez Agnosiewicza mojego odwołania się do sporu z Galileuszem. Powołałem się na ten spór jako na przykład tego, że świadectwo zmysłów mimo pozornej i bardzo sugestywnej oczywistości może wprowadzać w błąd, z powodu ukrytych w naszym umyśle uprzednich założeń, podług których interpretujemy jakąś rzeczywistość. Zamiast z tym polemizować, Agnosiewicz zupełnie wyminął istotę zagadnienia w tym miejscu, stwierdzając coś (z zaangażowaniem bliskim niemal histerii), co zupełnie nie było istotą sporu, tzn., że w sporze z Galileuszem to właśnie katoliccy dyskutanci ulegli pozornej oczywistości w zakresie świadectwa zmysłów. Nawet jeśli tak było, to łatwo zauważyć, że nie neguje to mojego argumentu i nadal pozostaje on w mocy.
Ponadto, momentami, Agnosiewicz aby „zatkać luki” w swej argumentacji, niczym za pomocą „zasłony dymnej” odwraca dyskusję na kwestie związane z światopoglądem teistów. Niestety, jest to czysta erystyka w przypadku polemiki z argumentacją mojego typu, bowiem ja pisałem właśnie o tym, że teiści są wierzący. Fakt ten był mi przydatny do tego, aby stwierdzić, że tak samo wierzący są też ateiści w zakresie swej epistemologii (i nie tylko). Zatem argumentowanie przez Agnosiewicza, że teiści wierzą w coś na bazie interpretacji jakichś przesłanek, jest czystym nieporozumieniem, bowiem nikt (w tym wypadku przede wszystkim ja) tego nie neguje. Mój tekst nie był negowaniem faktu, że teiści wierzą. Wręcz przeciwnie, tekst ten ukazywał, że wierzą także ateiści w zakresie swego światopoglądu, stąd pisanie przez Agnosiewicza o tym co robią teiści jest zapychaniem dziur w jego argumentacji i odwracaniem kota ogonem. W tym wypadku, zamiast bronić ateizmu przed tym co napisałem o fideizmie w epistemologii ateistów Aganosiewicz „z braku laku” atakuje tylko teizm za jego fideizm w zakresie swej epistemologii. Jest to „kierowanie ostrzału” nie w tą stronę co potrzeba, bowiem nawet jeśli wywody Agnosiewicza na temat teizmu i tego co on przyjmuje na wiarę byłyby w tym wypadku słuszne, to nie oznacza to jeszcze przecież, że na mocy tego wszelkie moje twierdzenia wypowiedziane w zakresie epistemologii ateizmu stają się nagle „uzasadnione”, pozbawione fideizmu, a moja polemika z postulatami tej epistemologii jest na mocy tylko tego faktu niby „z miejsca” obalona. Non sequitur. Równie nieuzasadniony byłby pogląd, że skoro religia starożytnych Majów była oparta na błędnych przesłankach, to wierzenia buddystów, czy hindusów, uzyskują status wiarygodności. Tyle tytułem wstępu. Reszta kwestii wyjaśni się podczas niniejszej polemiki. Z tekstu Agnosiewicza nic nie wycinam, czego nawiasem mówiąc nie można powiedzieć o tekście Agnosiewicza, który wybrał sobie z mojego tekstu tylko jakieś wygodne jemu fragmenty, nadając im „odpowiednią interpretację”. Resztę moich argumentów zaś w ogóle pominął. Skoro nie odpowiada on na większość mojej argumentacji, to znaczy, że w rzeczywistości nie udziela on tak naprawdę odpowiedzi na przedstawioną przeze mnie argumentację. Jedynie prześlizguje się po jej wierzchu. Mój tekst nie był przecież długi, nie istniał więc problem ustosunkowania się do niego w całości. Co innego odpowiadać na dłuższy tekst, wtedy rozumiem, że można odpowiedzieć tylko na najważniejsze argumenty z niego, żeby nie znudzić czytelników. Tutaj nawet tego nie mamy.
Polemika:
Wprowadzenie
Esej niniejszy powinienem być może zatytułować "Obrona metody poznawczej ateizmu", gdyż jest on odpowiedzią na tekst Jana Lewandowskiego: "Krytyczna analiza metody poznawczej ateizmu", zamieszczony w serwisie apologetycznym Katolik.pl, a który został przez jego autora zamyślony jako demaskacja lichoty ateuszostwa, z ostateczną konkluzją: "światopogląd ateistyczny nawet w swej metodzie poznawania rzeczywistości z powodu przyjętych zasad jest błądzeniem po omacku, a ponadto nie jest on w stanie uwolnić się od przyjmowanych na wiarę założeń, które wytyka światopoglądowi teistycznemu". Przy czym znęcano się głównie nad moimi tekstami (Wiara, realizm i poznanie: str. 2005; Wyginanie druta: str. 2102).
Odpowiedź:
Nie wiem czy Agnosiewicz nie jest nieco przewrażliwiony, bowiem cytując jego wywody wcale nie miałem zamiaru się nad nim znęcać.
Tytuł taki byłby jednak nieścisły, gdyż wbrew twierdzeniu autora, iż "Ateizm jako światopogląd nie sprowadza się tylko i wyłącznie do twierdzenia, że z jego punktu widzenia brak przekonujących dowodów na to, że istnieje Bóg. Ateizm jest bowiem również światopoglądem promującym własną wizję świata, będącą wizją alternatywną wobec wizji świata promowanej przez teizm" - ateizm jako światopogląd właśnie sprowadza się wyłącznie do twierdzenia, że brak jest jakichkolwiek sensownych dowodów za istnieniem czegoś co określa się głównie "Bogiem".
Odpowiedź:
Powyższa opinia, że ateizm jest tylko twierdzeniem, że „brak jest jakichkolwiek sensownych dowodów za istnieniem Boga” jest pustym hasłem. Już choćby bowiem samo mówienie o dowodach niesie za sobą konieczność określenia ich statusu formalnego, nie mówiąc o konieczności stworzenia pewnych podstaw dla swej epistemologii, która ma wykazać niedostatki ewidencjonalne teizmu. To wszystko nieodłącznie wiążę się ze sobą. Nie można mówić o braku dowodów na coś, nie mając sprecyzowanego zagadnienia odnośnie tego, co to jest dowód. Owo sprecyzowanie domaga się zaś podstaw i uzasadnień, stworzenia choćby szczątkowej epistemologii (tak też Agnosiewicz czyni choćby niżej, odwołując się w swej epistemologii do pewnych „podstawowych cech racjonalizmu”), zatem ateizm nie jest tylko twierdzeniem, że „brak jest jakichkolwiek sensownych dowodów za istnieniem Boga”. On promuje własną wizję świata, własną epistemologię w zakresie jakiej porusza się negując teizm, nie mówiąc już o tym, że promuje on często także własne alternatywne hipotezy pochodzenia życia i świata, itd., aby „sensowniej” niż teizm wytłumaczyć ten świat. To właśnie miałem na myśli pisząc to co Agnosiewicz zacytował wyżej.
Może jeszcze dodatkowo na pewnym wartościującym stosunku do tej konkluzji, głoszącym, iż wiara w urojony byt jest z różnych względów generalnie niepożądana; nie musi się to jednak łączyć z misjonarskim zapałem. Poza tym ateiści mogą we wszystkim innym różnić się między sobą. Mogą np. być buddystami, marksistami, racjonalistami, a niektórzy uważają, że i chrześcijanami.
Odpowiedź:
Nie wnikając już w absurdalność iście schizofrenicznej idei, że można być chrześcijaninem i ateistą zarazem, napiszę tylko, że to co Agnosiewicz stwierdza wyżej nie wyklucza, iż ateizm sprowadza się tylko do wykazania braku wystarczających podstaw istnienia Boga. Gdyby tak było, Agnosiewicz nie polemizowałby ze mną niżej odnośnie tego, co opisywałem jako „ateistyczną epistemologię”. Sam fakt poniższej polemiki Agnosiewicza i obrona tego co zaatakowałem obala zatem samo przez się jego własny wywód w tym miejscu.
Ateistów łączy tylko niepodzielanie wiary w osobowy byt nadprzyrodzony.
Odpowiedź:
Nie tylko. Patrz wyżej.
Ateizm z cała pewnością nie jest najważniejszym rysem światopoglądu osób skupionych i współtworzących serwis Racjonalista. Najwłaściwszym określeniem naszej postawy jest "racjonalizm" (racjonaliści). Ateizm wynika z racjonalizmu, ale go nie wyczerpuje. Do podstawowych cech racjonalizmu możemy zaliczyć:
· przywiązanie do wiedzy i rozumu - oznacza rozwój własnej osoby przez poszerzanie wiedzy, sprzeciw wobec prądów postmodernistycznych w filozofii;
· postawa naukowa - mówiąc o nauce bez przymiotnika, racjonalista ma na ogół na myśli nauki przyrodnicze i ścisłe;
· sceptycyzm umiarkowany, wyrażający się w szczególności w krytycznym stosunku do teorii pozanaukowych, pseudonaukowych i antynaukowych, takich jak magia, astrologia, radiestezja, ufologia itp.;
· naturalistyczne wyjaśnienia rzeczywistości, odrzucające wszelkie wątki nadnaturalne.
Mając na uwadze taki światopogląd, podejmę replikę wobec krytyki "poznawczej metody ateizmu", gdyż o taką postawę zapewne chodziło apologecie, a tylko nieściśle ją określił.
Odpowiedź:
Cóż to jest jak nie dogmaty epistemologiczne? Zauważmy, że wyżej Agnosiewicz trudził się, aby zaprzeczyć, iż wedle mojego stwierdzenia ateizm jest czymś więcej niż postulatem, że brak jest wystarczających dowodów na istnienie Boga. Tutaj jednak zaprzecza on już sam sobie, potwierdzając zarazem to co pisałem wyżej, bowiem wprowadza on tylnymi drzwiami własną epistemologię (nie mając zresztą nawet odwagi wprost nazwać tej epistemologii własną epistemologią, gdyż pisze on tylko lakonicznie, że „ma na uwadze taki światopogląd”). Epistemologie, na podstawie której twierdziłem właśnie, że ateizm jest czymś więcej niż tylko brakiem wiary w Boga, bowiem wprowadza alternatywny dla teizmu sposób wyjaśniania świata (co oczywiście musi się nierozłącznie wiązać z epistemologią).
Swój tekst mógłbym też zatytułować "Metoda poznawcza racjonalizmu bez zniekształceń", a to dlatego, iż najważniejszą linią obrony przed zarzutami katolickiego apologety - oprócz wskazania na błędy rzeczowe oraz błędy w rozumowaniu - będzie prostowanie na ogół celowo dokonanych przezeń zniekształceń i nadinterpretacji.
Odpowiedź:
Zobaczymy zatem, czy rzeczywiście dokonałem jakichś nadinterpretacji, zobaczymy także, czy popełniłem jakieś „błędy rzeczowe w rozumowaniu”.
Jeśli brak nam mocnych argumentów na rzecz tezy przeciwstawianej jakiejś tezie, bardzo częstym chwytem erystycznym jest zniekształcenie tezy przeciwnika, a następnie jej "obalenie" lub sprowadzenie do absurdu. Wzorcowo dokonał tego Jan Lewandowski, tyle że ja musiałbym być idiotą, aby podzielać światopogląd, jaki autor wykroił z moich tekstów, gdyż "ateizm" "obalony" przez Lewandowskiego to postawa jakiegoś przednaukowego chłopka-roztropka.
Odpowiedź:
Postawa podzielana niestety przez wielu ateistów, nie ma w tym momencie nic do rzeczy, że ewentualnie nie podziela tej postawy Agnosiewicz. Nie jest on przecież „wszystkimi ateistami”. Nie pisałem też swego „komentowanego” przez niego tekstu z myślą tylko o nim.
Przejdźmy zatem do rzeczy..
Odpowiedź:
Przejdźmy.
Uwagi wstępne
Cechą charakterystyczną tej polemiki z ateizmem nie jest pokazywanie wyższości światopoglądu teistycznego (jak w dawnych napaściach katolickich na światopogląd alternatywny), a przynajmniej nie jest to otwarcie wysłowione. Celem jest więc przede wszystkim ściągnięcie ateizmu do poziomu teizmu, pokazanie, że pod tym lub owym względem wygląda on "tak jak teizm".
Odpowiedź:
Mniej więcej o to mi chodziło.
Poprzez mnożenie rzeczywistych lub - częściej - pozornych słabości przy skoncentrowaniu się tylko na jednym światopoglądzie, aspekt porównawczy konfrontacji dwóch punktów widzenia zostaje rozmyty. Jest tym, co się potocznie określa jako wytykanie źdźbła w oku sąsiada, przy ignorowaniu belki we własnym.
Odpowiedź:
Tutaj zaczyna się już jak widzimy odwracanie kota ogonem. Zamiast skoncentrować się na temacie mojego tekstu, na odparciu zarzutów jakie postawiłem epistemologii ateistycznej, tutaj mamy już pierwszy (choć na razie niewyraźny jeszcze) skręt w stronę „belki” w moim oku. Nic dziwnego, Agnosiewicz musi jakoś w miarę elegancko zamaskować fakt, odnośnie do którego sam dopiero co przyznał pisząc, że w epistemologii ateistycznej istnieją rzeczywiste „słabości”. To zaś było meritum mojego tekstu.
Czasami jednak autor stara się porównywać. Z sądem takim spotykamy się już w pierwszym akapicie: "Ateizm tak jak teizm odnosi się do pochodzenia świata i człowieka, jest zatem światopoglądem metafizycznym (tak samo jak teizm)." Przypuszczam, że autor napotkał gdzieś opinię, że światopogląd ateistyczny też nie jest wolny od metafizyki, a z czym w pewnym sensie oczywiście można się zgodzić (choć światopogląd ten w tym przede wszystkim punkcie jest metafizyką, w którym wypowiada się o metafizyce teistów).
Odpowiedź:
Przede wszystkim, a więc nie tylko. Powyżej, sam Agnosiewicz zatem przyznaje, że ateizm jest w pewnym zakresie metafizyką, potwierdzając w ten sposób w zasadzie główną tezę mojego tekstu, z którym przecież polemizuje. Ja sam nie chciałbym używać zbyt często pojęcia „metafizyka”. Mając to na myśli wolę pisać o nieuzasadnionych założeniach ateizmu, czy tezach przyjmowanych na wiarę. Nazywajmy sprawę po imieniu, ateizm okazuje się być światopoglądem pełnym takich właśnie założeń branych zwyczajnie na wiarę, od epistemologii, przez etykę (dość relatywistyczną, bo ateiści mają różne etyki), po wypowiadane przez niektórych jego przedstawicieli tezy mówiące o powstaniu życia na naszej planecie (o tym niżej), czy tezy mówiące choćby o Wszechświecie. Są to wszystko ateistyczne dogmaty przyjmowane na wiarę, nic więcej. Z tego punktu widzenia światopogląd ten nie ma prawa do wyższości nad innymi światopoglądami, w tym fideistycznymi.
Jednak powyższe zdanie Lewandowskiego jest ewidentnie błędne. Wypowiedzi ateistów o pochodzeniu świata, a już z pewnością człowieka, nie mogą mieć charakteru metafizycznego, o ile mają to być wypowiedzi racjonalistów.
Odpowiedź:
Czysta sofistyka. To, że o czymś sobie przebąkują „racjonaliści’ nie jest absolutnie żadnym argumentem za tym, że wciąż nie jest to czysty fideizm. Uzasadnienie tego fideizmu jest tylko inne. „Racjonaliści” nie są jednak w zakresie swej epistemologii w stanie wykazać, że ma ona z jakiegoś obiektywnego powodu być pewna, uzasadniona. Jeśli zaś nie jest pewna ani uzasadniona, to ich światopogląd zaczyna mieć te same cechy, co krytykowany przez nich teizm – opiera się na wierze i założeniach w zakresie swych podstaw.
Chyba, że polemista za metafizykę uzna np. Wielki Wybuch lub ewolucję.
Odpowiedź:
Wystarczy, że metafizyką są podstawy ewolucji rozumianej ateistycznie, tzn. przypadkowe powstanie życia. Już to jest metafizyka, bowiem wciąż nie da się naukowo dowieść, że życie na ziemi powstało na drodze przypadku (rozpoczynając tym samym proces ewolucji). Tym samym, ewolucja i jej początek jest w interpretacji ateistycznej (chcąc nie chcąc) metafizyką, braniem czegoś na zwykłą wiarę. I nie pomoże tu żadne powoływanie się na naukę, bowiem nauka sama przyznaje, że nie jest w stanie dowieść, iż życie powstało przypadkowo. Aby nie być posądzonym o gołosłowie, powołam się na aktualne wypowiedzi biologów w tej sprawie. Stanley Miller słynący z tego, że jako pierwszy podjął się próby laboratoryjnego odtworzenia procesu powstawania życia, doszedł z czasem do wniosku, że na temat początków życia na naszej planecie nie można powiedzieć nic, co byłoby empirycznie sprawdzalne. Istniejące zaś wśród współczesnych uczonych próby opisania procesu powstania życia Miller określił nie mniej sceptycznie:
„Wydawało się, że nie zrobiła na nim wrażenia żadna z ostatnich koncepcji pochodzenia życia – mówił o nich jako o >>nonsensach<< lub >>papierowej chemii<<”[2].
Richard Dawkins na łamach swej książki pt. Ślepy zegarmistrz podjął się rozważań koncepcji powstania życia w ujęciu Cairns-Smitha, która to koncepcja wydała mu się w pewnym momencie akurat najbardziej przekonująca. Mimo przemawiającej do wyobraźni ekwilibrystyki słownej Dawkins musiał jednak przyznać co do przedstawianej przez siebie koncepcji pochodzenia życia, że:
„To science fiction – i zapewne dość oderwana od rzeczywistości”[3].
W innej swej książce Dawkins pisał o możliwości zweryfikowania koncepcji powstania życia:
„Opis powstania życia, który zaprezentuję, jest z konieczności spekulatywny; z oczywistych przyczyn nie było wtedy nikogo, kto mógłby obserwować przebieg wydarzeń”[4].
Co prawda dalej w swym wywodzie Dawkins usiłuje podać jakąś w miarę spójną koncepcję życia, co do której – jak sam przyznaje - wierzy, że jest bliska rzeczywistości (bardzo możliwe, że jest, nie to jest teraz istotne), nie zmienia to jednak wymowy zacytowanego przeze mnie fragmentu, zgodnie z którą nie da się zaprzeczyć temu, że opisywana naukowo koncepcja powstania życia choćby nie wiem jak była przekonująca, nigdy nie będzie „eksperymentalnie” potwierdzonym faktem. Może być jedynie filozoficznym modelem rzeczywistości, przy opisie którego wykorzystano wyobraźnię i pewne luźno powiązane elementy chemii organicznej i biologii. Podstawą dla tego modelu nie jest jednak (i być nie może) eksperyment, czego nie ukrywają także inni biolodzy, w najnowszych publikacjach. Na przykład Bernard Korzeniewski pisze, że w temacie powstania życia na naszej planecie „jesteśmy zdani głównie na spekulacje. Być może nigdy nie poznamy szczegółów procesu powstawania życia na ziemi”[5]. I choć dalej autor ten twierdzi, że można dziś coś na ten temat powiedzieć, to jednak przyznaje on, że są to ekstrapolacje dokonywane ex-post, co naraża te wnioski na margines błędu[6]. Inny z autorów podaje, że „biolodzy opierają się na założeniu, że powstanie życia można rozpatrywać w kategoriach czysto fizycznych, przeto cały proces da się odtworzyć”[7]. W zdaniu następnym autor ten jednak dodaje: „Oczywiście nie teraz – zarzekają się – lecz później, gdy dowiemy się czegoś więcej”[8]. Całe dalsze opisy powstania życia opierają się u Forteya na stwierdzeniach typu „być może”, itd.
Inny ze znanych biologów pisze wprost:
„Nie istnieje też formuła, która wyjaśniałaby rozmiary zmian i niemal nieskończoną różnorodność jakie towarzyszyły przygodom życia na całej naszej planecie. Historia ta jest tajemnicą zamkniętą w mrokach dziejów w większości zbyt odległych, byśmy mogli do nich zajrzeć. Nawet jeśli nowe odkrycie ujawnia ważny szczegół, najczęściej powoduje powstanie nowej zagadki wskazującej na takie aspekty problemu, jakich istnienia wcześniej nie podejrzewaliśmy. […] Każde pokolenie musi pisać księgę życia od nowa, ponieważ dostrzega większą część owej historii. […] Nie istnieje wersja ostateczna”[9].
W istocie była to jednak nieudana próba zrównania ateizmu i teizmu jako dwóch metafizyk, na podstawie tego, że każdy światopogląd jako taki w jakimś sensie/aspekcie musi być metafizyczny. Gdyby apologeta dokonał tego udolnie, wówczas naraziłby się z mojej strony na zarzut ekwiwokacji, czyli logicznego błędu (w tym wypadku byłoby to nadużycie całkowicie świadome), który polega na używaniu tych samych określeń dla innych znaczeń (można powiedzieć, że to tak jakbyśmy dokonywali błędnych wnioskowań przez użycie wyrazów homonimicznych), albowiem "metafizyka ateizmu" jest czymś innym niż metafizyka teizmu.
Odpowiedź:
To, że jest inna, to za mało. Dopóki będziemy mieli do czynienia z fideizmem w „metafizyce ateizmu”, dopóty jakiekolwiek mówienie o różnicach w metafizyce ateizmu i teizmu pomoże Agnosiewiczowi jak umarłemu kadzidło. Tylko zlikwidowanie fideizmu w paradygmacie i epistemologii ateizmu może znieść ten sam „status metafizyczny” obu światopoglądów. Jak dotąd Agnosiewicz nie był w stanie tego zrobić, mimo całego szeregu swych akrobacji słownych.
W pierwszym przypadku będzie to zespół sądów niemających uzasadnienia eksperymentalno-dedukcyjnego (a każdy światopogląd musi zawierać takie sądy), w drugim zaś - chodzi o metafizykę teologiczną, mówiącą o rzeczywistości nadnaturalnej.
Odpowiedź:
Tutaj zaczyna się mamienie czytelnika, za pomocą wprowadzania złudnego kontrastu, zgodnie z którym ateizm, czy raczej „racjonalizm”, opiera się tylko niby na eksperymencie i dedukcji, zaś teizm, na samej „metafizyce nadnaturalnej”. Tymczasem problem polega na tym, że również tam gdzie sięgają światopoglądowe postulaty i podstawy ateizmu, potwierdzenie eksperymentalne i dedukcja w nauce też już nie sięga. Wystarczy wspomnieć o wyżej wspomnianej kwestii przypadkowego powstania życia, czy choćby o wyżej przywoływanym Wielkim Wybuchu. Choć Agnosiewicz powołał się na ten ostatni, nie można już potwierdzić go eksperymentalnie, bowiem jest on nie do odtworzenia. Nie przeczy to oczywiście temu, że wierzę w to, iż Wielki Wybuch nastąpił. Tu chodzi jednak o co innego, o rozpisywanie się o eksperymencie jako o podstawach swego światopoglądu, choć w rzeczywistości jest to pic na wodę. To, co w nauce jest „wykorzystywane” przez ateistów w zakresie ich światopoglądu, nie jest prawie nigdy potwierdzalne eksperymentalnie. Tak samo jak u teistów.
Na ogół mówiąc o metafizyce mamy na myśli jej wąskie, religijne znaczenie, stąd rozszerzanie zakresu znaczeniowego określenia, aby przyrównać do siebie dwie te postawy, byłoby celowym mieszaniem pojęć. Dobrze więc, że było to zamierzenie nieudolne, gdyż polemista zaznacza we wstępie, że ateizm będzie obalał "za pomocą analizy logicznej".
Nie znaczy to, że błędy autora mają charakter tylko pozalogiczny. W jednym z dalszych akapitów wytknął mi rzekomy błąd ekwiwokacji, która ma się kryć w następującym rozumowaniu wyinterpretowanym przez polemistę z innej mojej wypowiedzi: "Dzięki teorii ewolucji (naturze, jeśli ktoś woli) posiedliśmy zmysły, za pomocą których poznaliśmy częściową prawdę o świecie. Dzięki teorii ewolucji (lub naturze) i zmysłom poznajemy i poznamy resztę prawdy o świecie". Mniejsza o samą interpretację, lecz nawet gdybym zawarł w swoich wypowiedziach takie rozumowanie popełniłbym błąd typu pars pro toto (część przez całość - błędne uogólnienie), ale nie byłaby to ekwiwokacja, jak przyjął krytyk.
Odpowiedź:
Niestety nie. Byłaby to zarówno ekwiwokacja, jak i błąd typu pars pro toto. Agnosiewicz sprytnie wyciął z mojego tekstu to, odnośnie do czego mówiłem tu o ekwiwokacji. Błąd pars pro toto nie musi w żadnym wypadku wykluczać błędu ekwiwokacji. Błąd ekwiwokacji tyczy się tu słowa „prawda” właśnie dlatego, że prawda powierzchowna o świecie jest mieszana z prawdą zupełnie innego rodzaju – z prawdą metafizyczną ateizmu (który rości sobie prawo do prawdy choćby w zakresie wspomnianych przez Agnosiewicza wyżej wniosków metafizycznych wynikających z krytyki metafizycznych koncepcji teizmu).
Konstrukcja krytyki jest oparta na jednej z moich wypowiedzi: "Natura nasza podała nam naturalne nasze domniemanie: otaczającą cię rzeczywistość poznajesz zmysłami i rozumem. Dlaczego? Dlatego, że tymi jedynie narzędziami udaje nam się zdobywać wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości, która jest wiedzą praktyczną, czyli weryfikowalną, (też w zakresie praktyki) i funkcjonalną" - z której zostały wywiedzione cztery wnioski:
I. Świat poznajemy zmysłami kontrolowanymi przez rozum.
II. Musimy poznawać rzeczywistość w sposób poprawny, bowiem gwarantuje nam to natura, jaka wydała nas na świat.
III. To, co obserwujemy, jest pewne, bowiem dodatkowo weryfikujemy to z rzeczywistością.
IV. Tylko to, co jest zweryfikowane, można uznać za realne.
Następnie każdy z powyższych wniosków poddawany jest krytyce. Dla przejrzystości repliki, pozostanę przy tym podziale. Dokonałem jednak uporządkowania argumentów, polegającego na skupieniu uwag dotyczących:
- aparatu zmysłowego w cz.I,
- aparatu racjonalnego w cz.II,
- metodologii naukowej w cz.III,
- błądzenia po omacku w cz.IV.
I. Świat poznajemy zmysłami kontrolowanymi przez rozum
Obrona
Pomimo, iż krytyk prawidłowo wyinterpretował ten sąd z mojej wypowiedzi, jednak wbrew temu, w części zatytułowanej jak powyżej, nie podejmuje się krytyki takiego właśnie sądu, lecz dokonuje dla ułatwienia jego zniekształcenia. Argumenty polegają zasadniczo na wykazywaniu słabości zmysłów człowieka w poznawaniu rzeczywistości, zatem krytykuje się sąd: "Świat poznajemy zmysłami". Mówiąc inaczej: cały wywód na ten temat jest w istocie krytyką skrajnego sensualizmu, a nie racjonalizmu (zespolonego oczywiście z sensualizmem), zatem jest bezwartościowy polemicznie i jako taki może być wyrzucony do kosza. Na tym mógłbym poprzestać, ale chciałbym uszczegółowić to wyjaśnienie.
Odpowiedź:
To co tu pisze Agnosiewicz jest niestety niczym więcej, jak tylko sprawianiem pozorów, iż udzielił on odpowiedzi na mój argument. W rzeczywistości dylemat jaki wskazałem wciąż istnieje. Chcąc nie chcąc, nawet jeśli powyższa krytyka Agnosiewicza tyczyła się tylko skrajnego sensualizmu, to nie zmienia to specjalnie istoty rzeczy. Nadal pozostaje bowiem faktem, że ateistyczna epistemologia uważa właśnie poznanie zmysłowe za jedynie uprawnioną podstawę do sądu o rzeczywistości. Jest to chcąc nie chcąc sensualizm, który Agnosiewicz sam skrytykował w zacytowanym przeze mnie fragmencie. Nawet jeśli jego zdaniem była to tylko krytyka „skrajnej” wersji sensualizmu, to niewiele to mu pomaga. Krytyka ta chcąc nie chcąc rozciąga się na kwestię pewności poznania zmysłowego. Krytykując kwestię pewności odnośnie poznania zmysłowego Agnosiewicz sam podciął gałąź na jakiej siedzi, i teraz nie bardzo wie jak się z tego wycofać. Wciska więc czytelnikowi, że krytykował tylko skrajną wersję sensualizmu. Tymczasem, im mniej w światopoglądzie racjonalistycznym będzie zdawania się na wrażenia zmysłowe w trakcie tworzenia jakiegoś osądu, czyli mówiąc wprost im mniej obserwacji, tym bardziej światopogląd ten będzie stawał się metafizyką, tak chętnie krytykowaną przez „racjonalistów” w teizmie.
Wyjaśnienia szczegółowe
1. Zmysłowy Don Kichot
Szumne wyliczanie słabości zmysłów jako oręż przeciw racjonalizmowi jest zabiegiem ośmieszającym autora, gdyż to są fakty banalne, to stwierdzanie oczywistości, której nikt o światopoglądzie naukowym nie kwestionuje, gdyż są to fakty stwierdzane właśnie dzięki badaniom naukowym świata, w celu korekcji zniekształceń poznania.
Odpowiedź:
Agnosiewicz próbuje się jakoś pocieszać pisząc o moim „ośmieszeniu”, zaraz jednak dalej stwierdza, że to co pisałem o słabościach poznania zmysłowego jest oczywiste. Jeśli jest oczywiste, „nikt tego nie kwestionuje”, to wcale jeszcze nie oznacza to, że to jest rozwiązanie problemu niedoskonałości poznania zmysłowego, o jakim mówiłem. „Kontrargumentacja” Agnosiewicza jest w tym miejscu bardzo licha i czysto erystyczna, sprowadza się jedynie do ataku ad personam.
Momentami ta argumentacja ociera się o absurd, jak np. posłużenie się przykładem ołówka zniekształconego percepcyjnie po włożeniu do wody, tudzież fatamorgany na pustyni. Takie słabości poznawcze potraktowane jako swoiste słabości epistemologii ateistycznej są w najlepszym razie zabawne.
Odpowiedź:
Agnosiewicz nie mówi, że były to tylko przykłady najprostszych złudzeń zmysłowych, wzięte z życia codziennego. Próbując zatem ośmieszać moją argumentację Agnosiewicz stwarza złudny obraz mojego tekstu, który ma traktować ateistów jak ludzi tak jakby „wróżących z ołówków”. Oczywiście, że nie o to mi chodziło w tym tekście, co wie każdy, kto przeczytał mój tekst wystarczająco dokładnie. W innej, rozbudowanej wersji mojego komentowanego tutaj przez Agnosiewicza tekstu[10], poszerzyłem kwestię złudzeń o dalsze przykłady, włącznie ze złudzeniami istniejącymi w procesie poznawczym nauk przyrodniczych, czego nie kryją cytowani przeze mnie w tamtej wersji tekstu naukowcy.
Ateista może wyszukać jeszcze lepsze przykłady, kierując je przeciw "epistemologii religijnej", jak np. "widzenie" Matki Boskiej w jakichś przypadkowych zaciekach przez religijne rzesze, słyszenie "głosu Boga", widzenie tunelu przedśmiertnego i całej masy różnorakich omamów zmysłowych jakim żywi się ludzka religijność. A cudy? Jakież to złomowisko omamów zmysłowych! Można przyjąć, że większość niezłomnych przekonań religijnych bierze się właśnie z niedoskonałości ludzkiego aparatu zmysłowo-racjonalnego. Aby nie szukać egzotycznych przykładów: nawrócenie założyciela chrześcijaństwa. Pewnego razu Paweł jechał do Damaszku i nagle w słońcu południa oświeciła go jasność i "ujrzał Pana". Trafnie zauważa Deschner: "nie trzeba wykluczać historyczności owej sceny, która rozegrała się pod Damaszkiem. Historia religii zna wszak poetyckie ukazywanie banalnych przeżyć. Co więcej, mocny blask słoneczny zawsze sprzyja wizjom, a pustynia była z dawien dawna szczególnie dogodnym miejscem dla tego rodzaju zjawisk". Dla racjonalisty zdarzenie to wyczerpuje wszelkie znamiona wspominanej przez Lewandowskiego fatamorgany!
Odpowiedź:
Nie jest to jednak niestety wciąż odparcie trudności percepcyjnych jakie wskazałem w przypadku epistemologii ateistycznej. Jest to argumentacja w stylu „a u was biją murzynów”. Bezradność Agnosiewicza jest w tym miejscu aż nadto widoczna. Ponadto, dane objawienie to coś innego niż dedukcyjny proces poznawania rzeczywistości. Ktoś doznający objawienia wchodzi w kontakt osobowy z przedmiotem objawienia, więc tu trudniej doznać złudzenia, bowiem ów przedmiot jest niejako „dany do wglądu”. Nie ma tu procesu dedukcji, poznania, opartego na niepewnej interpretacji zastanych przesłanek. To zrównanie dokonane przez Agnosiewicza jest naciągane.
Powtórzmy jeszcze raz: wskazywanie złudzeń zmysłowych jako przyczyny słabości ateizmu jest wielkim nieporozumieniem, to jest miecz obosieczny, a jak pokazałem powyżej, można zeń uczynić nawet ostrze skierowane w jedną tylko stronę, ale przeciwną niż ta przeciwko której występuje katolicki apologeta.
Odpowiedź:
To również nie jest niestety argument za pewnością w epistemologii ateistów. Agnosiewicz po raz kolejny skręca tu w stronę teizmu, jest to jednak ślepa uliczka jak pisałem, bo niepewność epistemologii teizmu nie zakłada per se pewności w zakresie epistemologii ateizmu. A o pewność w zakresie epistemologii ateizmu toczy się tu właśnie spór, co Agnosiewicz próbuje cały czas zaciemnić skręcając w stronę teizmu zwłaszcza wtedy, gdy nie jest w stanie odeprzeć zarzutów postawionych wspomnianej epistemologii, czego przykład mamy właśnie w tym miejscu. Rzeczywiste proporcje wyglądają tu następująco: Nikt wśród teistów nie twierdzi, że wszystko odnośnie do czego wydają sąd, poznają, interpretują, jest pewne, dowiedzione (życie skazuje na wiarę w zakresie tworzenia swego światopoglądu). Tak zaś natomiast twierdzą ateiści, postulując na podstawie tego wyższość swego poglądu nad światopoglądem teistów, czyniąc to właśnie za pomocą argumentu, że ateizm w przeciwieństwie do teizmu jest w zakresie swej epistemologii pozbawiony elementów fideizmu. Mój tekst o „metodzie poznawczej ateizmu” miał na celu zburzyć ten mit choćby za pomocą analizy tej metody. Tekst ten pokazywał, iż epistemologie te są tak samo oparte na wierze, są zatem sobie równe, z czego Agnosiewicz zdaje sobie sprawę, bo daje temu wyraz wyżej, pisząc: „Celem jest więc przede wszystkim ściągnięcie ateizmu do poziomu teizmu, pokazanie, że pod tym lub owym względem wygląda on >>tak jak teizm<<. […] W istocie była to jednak nieudana próba zrównania ateizmu i teizmu jako dwóch metafizyk, na podstawie tego, że każdy światopogląd jako taki w jakimś sensie/aspekcie musi być metafizyczny”.
Pisząc więc o tym, że teizm w zakresie swego poznania również nie jest pewny, Agnosiewicz prawi banały, dowodząc tego, czego nikt nie neguje. Tym samym ucieka on od postawionych przeze mnie problemów, nie będąc w stanie wykazać, że rzeczywiście metafizyka ateizmu jest w jakiś sposób „lepsza” od metafizyki teizmu, na mocy nie posiadania elementów fideizmu w zakresie choćby swej epistemologii.
2. O tym jak Galileusz pognębił ateistów
To właśnie ludzie żądni wiedzy "ziemskiej", których nie zadowalał mitologiczny obraz świata, doskonalili metodę poznania poprzez zmysły, badając zniekształcenia przez nie tworzone. Jeśli fakt stwierdzony ponad wszelką wątpliwość nie odpowiadał świadectwu zmysłów, racjonaliści nie mieli żadnych skrupułów w przyznaniu, że nie można dawać wiary świadectwu zmysłów, czego bardzo często nie można było powiedzieć o ludziach oddanych doktrynom religijnym.
Odpowiedź:
Po raz kolejny mamy to do czynienia z erystyką. To co opisuje Agnosiewicz miało miejsce chyba bardzo dawno temu, bo obecnie „racjonaliści” w swych twierdzeniach wypowiadają bardzo wiele stwierdzeń nie opartych na świadectwach zmysłowych. Odsyłam czytelnika wyżej do tego, co pisałem o potwierdzeniu eksperymentalno dedukcyjnym.
Ta konkluzja bardzo łatwo może ujść naszej uwadze, w gąszczu sofisterii apologetycznej. I tak dla przykładu: Lewandowski w swoim tekście nawiązuje do sporu wokół tez Galileusza i Kopernika, jako argument przeciw ateizmowi. Pisze: "Przykładem ukrytych w naszym umyśle idei zniekształcających interpretację naszej obserwacji może być tu również spór z Galileuszem. Głównym argumentem jego oponentów przeciw ruchowi obrotowemu Ziemi było stwierdzenie, że gdyby Ziemia obracała się, to kamień zrzucony z wieży naprzeciw niej spadałby wskutek obrotu Ziemi po torze łukowym w miejscu za wieżą, a nie przed nią. Wydawało się to tak oczywiste i zgodne z obserwacją, że nikt nie przypuszczał nawet w najśmielszych snach, że takie argumentowanie może być złudne. (..) A jednak okazało się, że to nie argumentowanie Kopernika i Galileusza było niezgodne z rzeczywistością, tylko właśnie ich oponenci byli w błędzie." Jest to szczyt hipokryzji, gdyż autor słów sugeruje tożsamość "naiwnoateistycznej sensualności" jaką "obala", z postawą krytyków Galileusza, a przecież wiadomo, że ówcześni racjonaliści i naukowcy generalnie uznali argumentację naukową heliocentryzmu, a zasadniczą przyczyną dla której środowiskom chrześcijańskim "w najśmielszych snach" nie przychodziło do głowy odrzucić błędne świadectwo zmysłów, był fakt, że sankcjonowała je mitologia judeochrześcijańska na straży której stali siepacze inkwizycyjni. Zatem wspomniani przez Lewandowskiego "błądzący oponenci" Galileusza to w linii prostej poprzednicy krytyka - katoliccy apologeci. Wywodzili oni wówczas właśnie to co wykpiwa współczesny apologeta.
Odpowiedź:
Po raz kolejny mamy tu przykład sytuacji, w której Agnosiewicz zachowuje się jak katolikożerczy propagandzista i za pomocą banalnych i wyświechtanych hasełek o inkwizycji próbuje odwoływać się do emocji swych czytelników, nie zaś do ich „racjonalizmu”. Stwarzając zasłonę dymną omija on to w ogóle istotę zagadnienia. To, kim byli oponenci Galileusza nie ma w tym miejscu większego znaczenia. Fakt o jakim wspomniałem pozostaje faktem, będąc tylko przykładem sytuacji, w której pozornie jawna obserwacja pochodząca od zmysłów nie jest zgodna z rzeczywistością. Z tym Agnosiewicz nie jest już w ogóle w stanie polemizować, jak widzę, wymijając mój argument szerokim łukiem i wykolejając bieg naszej dyskusji na pobocze kwestii, w której roztrząsa się to, z kim polemizował Galileusz. Ponadto, Agnosiewicz ma bardzo mizerne pojęcie o meandrach historycznych sporu z Galileuszem, znów głosząc na ten temat jakieś populistyczne, wyświechtane propagandowe hasełka. Sprzedaje on jakieś tanie slogany o „racjonalistach”, którzy poszli za „argumentacją naukową heliocentryzmu”. W rzeczywistości było jednak bowiem tak, że Galileusz okazał się mieć rację bardziej dzięki swojemu szczęściu, niż empirycznym świadectwom zmysłów, tak istotnych w osądzie „racjonalistycznym”. Paul Feyerabend, który w kilku bardzo obszernych rozdziałach bardzo szczegółowo omawia wspomniany spór heliocentryczny, sięgając do wielu źródeł poglądów prezentowanych przez Galileusza, pisze o oponentach Galileusza, że „domagali się mocnego potwierdzenia empirycznego, podczas gdy zwolennicy Galileusza zadowalali się dalekosiężnymi, nie potwierdzonymi (pogrubienie moje – przyp. J.L.) i częściowo obalonymi teoriami”[11]. Ten sam autor pisze dalej: „Z drugiej strony, Kościół nie był skłonny wprowadzać zmian tylko dlatego, że ktoś wysunął jakieś niejasne przypuszczenia. Żądał on dowodu – dowodu naukowego w naukowych kwestiach. Nie zachowywał się w tym wypadku bynajmniej inaczej niż współczesne instytucje naukowe […] Nie istniał jednak, jak dotąd, żaden przekonujący dowód na rzecz doktryny Kopernika (pogrubienie moje)”[12]. „[…] kopernikanizm i inne >>racjonalne<< poglądy istnieją dzisiaj jedynie dlatego, że wymogi rozumu zostały uchylone w pewnym okresie przeszłości tych poglądów”[13]. Cytowany autor nie jest katolikiem, jest niewierzącym historykiem i filozofem nauki, stąd nie może być posądzony o jakieś służenie Kościołowi. Na razie na tym poprzestanę. W razie rozbudowy tej polemiki jestem gotów wejść w spór na ten temat głębiej.
Poczytajmy dla przykładu fragment z encyklopedii ks. Chmielowskiego, koryfeusza osiemnastowiecznego katolicyzmu polskiego: "Gdyby ziemia się obracała, tedyby rzuciwszy kto kamień do góry, albo strzałę prościusieńko puściwszy, niżeliby ten, albo ta na dół padły, powinienby Człek z Ziemią odlecić od nich na kilka tysięcy mil, a przecie często na tegoż który rzuca, albo strzela w górę, znowu padają owe rzeczy do góry rzucone." Wpadłby zapewne w nieliche zdziwienie, gdyby dane mu było się dowiedzieć, iż jego prawomyślne twierdzenia będą wykorzystane jako przykład ..słabości ateizmu.
Odpowiedź:
Niezależnie od tego kto tak uważa, mówimy tu o słabości i pozorności ludzkiej percepcji, która w tym wypadku opierała się na zupełnie oczywistej obserwacji, na jaką dziś z takim uwielbieniem powołują się „racjonaliści”. W tym tkwi istota rzeczy, od której Agnosiewicz odwraca uwagę.
Jakkolwiek cały wywód o słabości zmysłów, pomyślany jako argument przeciwko współczesnym racjonalistom, jest kiepskim pomysłem, tak prowadzenie czytelników takimi ścieżkami myślowymi jak powyżej, budzi naszą szczególną irytację.
Odpowiedź:
Nic dziwnego, skoro nie potraficie się wybronić przed choćby zwykłą trudnością związaną z niedoskonałością ludzkiej percepcji. Rzeczywiście musi to być problem, skoro powstała aż tak obszerna odpowiedź na mój tekst.
3. Obserwacje "skażone" teoriami
Jako najważniejszą słabość poznania zmysłowego autor roztrząsa wyimaginowany problem "czystości poznania". Nie istnieje - grzmi - czysta obserwacja z której następnie wyłaniają się prawa, gdyż wcześniej w naszym umyśle mamy pewne założenia, wyobrażenia, przedsądy (nie mylić z przesądami, jak uczynił to Lewandowski). Jest to problem wyimaginowany, gdyż cofa nas do zarzutów Poppera wobec filozofii nauki Bacona. Autor dla nadania powagi swym wywodom przywołuje wypowiedź Poppera o "skażeniu teoriami" wszystkich twierdzeń (o skażeniu filozof ten pisał w cudzysłowie). Oczywiście, że nie istnieje czysta obserwacja, zgadzamy się przecież z Popperem. Ale ten na którego powołuje się Lewandowski dla uzasadnienia swoich wywodów deprecjonujących poznanie naukowe, był scjentystą!
Odpowiedź:
Co nie znaczy, że bezkrytycznym. W swych wywodach sprzeciwiał się on naiwności w empiryzmie, który jest podstawą współczesnego „racjonalizmu ateistycznego”[14]. Powołanie się przez Agnosiewicza na scjentyzm Poppera niewiele mu pomoże. Zauważmy, jak czysto erystyczną konstrukcję ma powyższe zdanie Agnosiewicza: „Oczywiście, że nie istnieje czysta obserwacja, zgadzamy się przecież z Popperem. Ale ten na którego powołuje się Lewandowski dla uzasadnienia swoich wywodów deprecjonujących poznanie naukowe, był scjentystą!”. Oba zdania są rzadko spotykanym przykładem tego, jak wiele nieskładności może być w dwóch zdaniach stojących obok siebie. W pierwszym zdaniu przyznaje mi się w zasadzie rację (choć nie bezpośrednio, bo pisze się jako o słusznym o tym, o czym pisałem za Popperem) odnośnie tego, co pisałem o „teoretycznym zaangażowaniu” obserwacji, zdanie dalej jednak stwierdza się, że nie mam racji, bo.... Popper był scjentystą. Co ma jedno z drugim wspólnego nie wie jak dotąd nikt poza Agnosiewiczem. Scjentystą można bowiem być w różnym stopniu. Ja także wierzę w nauki przyrodnicze jako sposób docierania do prawdy. Jednocześnie bardzo ostrożnie przekonuję się do wniosków jakie płyną z tych nauk, wymagając naprawdę jakichś konkretnych przesłanek za przyjęciem czegoś. Jestem zatem scjentystą, choć nie bezkrytycznym.
Wyjaśnienie tego jest bardzo proste: wnioski z problemu uwikłania poznania teoriami są odmienne od tych jakie snuje krytyk: to w żadnym razie nie deprecjonuje praw nauki i światopoglądu naukowego.
Odpowiedź:
Kolejne wyminięcie problemu przez Agnosiewicza. Popatrzmy jaki „kontrargument” Agnosiewicz wysuwa przeciw temu co napisałem: pisze on jedynie, że „wnioski z problemu uwikłania poznania teoriami są odmienne od tych jakie snuje krytyk: to w żadnym razie nie deprecjonuje praw nauki i światopoglądu naukowego”. I to wszystko! Jego nie poparta niczym rzeczowym opinia ma negować to o czym pisałem na przykładzie sporu z Galileuszem w krytykowanym przez Agnosiewicza tekście, podając konkretne przykłady i opinie filozofów nauki, mówiące właśnie o skażeniu teoriami. Tymczasem teza mówiąca o tym, że obserwacje nie są skażone teoriami jest po prostu już nie do wybronienia. Przytoczę jeszcze raz opinie tych samych metodologów nauki, których Agnosiewicz w swej polemice z mym tekstem po prostu tendencyjnie pominął. Pierwszy z cytowanych przeze mnie metodologów nauki pisał: „Ponieważ protokoły obserwacji zawsze zależą od istniejących teorii (pogrubienie od J.L.), nie powinny one być bezkrytycznie przyjmowane”[15]. Kolejny badacz nauki dodaje: „Zarzucono właściwie pogląd, według którego podstawowym sposobem poznawania (np. przyrody) jest obserwacja i uogólnianie jednostkowych faktów, zdarzeń, procesów […]. Wyjściowe zdania empiryczne są zawodne; obserwacje (tym bardziej eksperymenty) kierowane są jakimiś zadaniami, są teoretycznie zaangażowane (pogrubienie od J.L.)”[16]. „Człowiek jest interpretatorem przyrody; nie tylko obserwatorem, lecz i interpretatorem”[17].
Aby jeszcze lepiej uświadomić sobie, że nasza obserwacja nigdy nie jest samą obserwacją, nieskażoną wcześniejszymi nieuświadamialnymi założeniami, rozważmy następujący prosty przykład z życia codziennego, którego zasady nim rządzące możemy odnieść do jakiejkolwiek obserwacji. Załóżmy, że w pewnym momencie znajdujemy gdzieś na odludziu kamień, na którym linie układają się przypadkowo w napis w języku polskim, który brzmi: „JA”. Każdy z nas, znający język polski, gdyby zobaczyłby ten napis, od razu zinterpretowałby go (a więc nie tylko zaobserwował) na podstawie ukrytych wcześniej w swym umyśle przyzwyczajeń (wynikających z tego, że widział już wcześniej kogoś kto czyni napisy na kamieniu) jako dzieło człowieka, a nie jako przypadek. Nawet jednak gdybyśmy zinterpretowali to jako dzieło przypadku, to byłaby to też interpretacja, a nie tylko sama obserwacja. Sama obserwacja nie mówi nam bowiem nic o tym, kto zrobił na ten napis ani że w ogóle był on zrobiony (nawet przez dzieło przypadku). Obserwacja ta mówi nam tylko tyle, że na kamieniu są linie ułożone w jakiś kształt, i tylko tyle. Nawet nasze odczytanie napisu na kamieniu wymagałoby użycia istniejących w naszym umyśle wcześniejszych idei lingwistycznych, zatem tu następowałaby już interpretacja, w którą włączyłyby się wcześniejsze założenia lingwistyczne sugerujące ad hoc, że napis jest dziełem innej osoby, która również zna język, w jakim wykonano napis. Gdyby napis ten zobaczył Polak, zinterpretowałby go jako świadome dzieło człowieka. Gdyby napis ten zobaczył Chińczyk lub Japończyk, który w ogóle nie znałby języka polskiego ani alfabetu łacińskiego, napis ten byłby dla niego zbiorem bezkształtnych, przypadkowych linii, w których nie ma nic nadzwyczajnego. Tak więc po tym przykładzie dobrze widać, że nigdy nie istnieje czysta obserwacja, obok niej istnieje zawsze mniej lub bardziej (najczęściej mniej) świadoma interpretacja, która nie może być ostatecznie pewna. Dana obserwacja i nasze uprzednie bezpodstawne założenie, za pomocą którego interpretujemy rzeczywistość, są nierozerwalnie połączone, co kala czystość obserwacji. Jeden z cytowanych wcześniej historyków nauki określił to zjawisko mianem „interpretacji naturalnych”, ilustrując to zjawisko za pomocą wielu bezspornych przykładów opartych na historii nauki[18]. Pisze on o interpretacjach naturalnych jako teoriach, które często traktujemy w sposób nie uświadamiany jako fakty, nie będąc świadomym, że nie są one faktami: „Zauważmy jednak, jak teorie […], które nie są sformułowane explicite, przenikają do dyskusji upozorowane na obserwowalne zdarzenia. Uświadamiamy sobie ponownie, że takie zdarzenia są jak koń trojański i należy je traktować z najwyższą nieufnością”[19]. Od kwestii tej nie są wolne nauki przyrodnicze, na bazie których wedle powyższych wywodów Agnosiewicza ma opierać się „racjonalizm”. Znany uczony Louis Brillouin pisze, że „uczeni zawsze pracują na podstawie pewnych założeń filozoficznych i chociaż niektórzy mogą nie uświadamiać sobie tego, założenia te w rzeczywistości określają ich ogólną pozycję w badaniach”[20]. Ci sami autorzy podają: „Jedną z charakterystycznych cech tych wszystkich sporów aż do chwili obecnej włącznie było to, że przedstawiciele obu stron wychodzili z założenia, iż istnieją >>czyste<<, nie obciążone interpretacją teoretyczną dane empiryczne. Założenie to, co zostało wykazane przez badania ostatnich dziesięcioleci, jest nieuzasadnione”[21]. „Ale – jak sądził Comte - >>umysł nasz potrzebuje teorii, aby móc oddać się obserwacjom”[22]. „Historia nauki świadczy o tym, że program konkretnej działalności naukowej zawsze opiera się na określonych filozoficznych wyobrażeniach o świecie i procesie poznania”[23]. Jak czytamy w internetowej Encyklopedii Wikipedia, „Popper wskazywał, że wiele teorii fizycznych, wbrew poglądom pozytywistów, zawiera w sobie silne założenia metafizyczne, (np. continuum czasoprzestrzeni, niezniszczalność ogólnego bilansu masy i energii, czy założenie racjonalnej struktury materii)”[24].
Apologeta mistyfikuje tę kwestię, usiłując przekonać nas, że zasadniczym problemem jest czy pierwsza była kura czy jajko, podczas kiedy w nauce idzie o to, czy z jajka wykluwa się coś wartościowego. Ten sztuczny problem wyjaśnia R. Feynman: "W średniowieczu (!) sądzono, że ludzie po prostu dokonują wielu obserwacji i że to same obserwacje sugerują prawa. Ale to tak nie działa. Wymagana jest o wiele większa wyobraźnia. Dlatego następna rzecz o której musimy powiedzieć, dotyczy pochodzenia nowych hipotez, chociaż tak długo, jak długo one się pojawiają, nie ma to żadnego znaczenia. Potrafimy rozstrzygać, czy hipoteza jest poprawna czy nie, chociaż nie ma nic wspólnego z tym, skąd ona się wzięła. Po prostu sprawdzamy, czy pozostaje w zgodzie z obserwacjami.
Odpowiedź:
No i co z tego?. „Z logicznego punktu widzenia, hipoteza może mieć dowolnie wielką liczbę potwierdzanych wynikających z niej konsekwencji, a jednak być fałszywa. […]. Po pierwsze, prawdopodobnie nie ma sensu mówić o potwierdzeniu poszczególnych hipotez teoretycznych, ponieważ realne wyprowadzanie z niej sprawdzalnych doświadczalnie konsekwencji zawsze wymaga wykorzystania szeregu innych założeń teoretycznych”[25]. Zatem z deszczu pod rynnę. Zacytowane przez Agnosiewicza opinie w zasadzie nic nadal nie rozwiązują, nie wnosząc nic konkretnego.
W nauce nie interesuje się więc tym, skąd pochodzi hipoteza. (..) Prawa są prawami zgadywanymi, ekstrapolacjami, a nie czymś, co wynika bezpośrednio z obserwacji. Są one tym, co udało się odgadnąć i co przeszło, jak na razie, przez sito."
Odpowiedź:
W sumie, powyższy cytat jest po prostu zupełnie nie na temat. Nie przypiął, ni przyłatał, nie pasuje do tej dyskusji. Autor nic nie mówi o założeniach, jakie kryją się w hipotezach. On się po prostu tym nie zajmuje, bowiem sam przyznaje, że nie interesuje się tym, skąd pochodzi hipoteza. Wspomnianego autora interesuje tylko sam proces weryfikacji hipotezy.
W serwisie Katolik dział poświęcony ateizmowi otwiera sekcję zatytułowaną "Polemiki z błędami". Jedyne co można o tym powiedzieć, to że jest to zbiór błędnych twierdzeń na temat ateizmu, do których polemiki dopiero należałoby napisać. Kolejne akapity zarzutów apologety wędrują do kosza.
Odpowiedź:
Zupełnie bezpodstawnie, bowiem Agnosiewicz nie odparł jak dotąd żadnego z przedstawionych argumentów.
4. Naturalne domniemanie epistemologiczne
Tyrady antyzmysłowe kończą się rozważaniami nad "gigantyczną tautologią", określoną dalej "pięknym przykładem logicznego błędu, zwanego błędnym kołem", jaką wykonkludował krytyk z przytaczanego we wstępie fragmentu mojej wypowiedzi: "Natura nasza podała nam naturalne nasze domniemanie: otaczającą cię rzeczywistość poznajesz zmysłami i rozumem. Dlaczego? Dlatego, że tymi jedynie narzędziami udaje nam się zdobywać wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości, która jest wiedzą praktyczną, czyli weryfikowalną, (też w zakresie praktyki) i funkcjonalną". Na czym ma polegać moje zapętlenie? "Co dla cytowanego ateisty jest "dowodem" na to, że otaczającą nas rzeczywistość poznajemy naszymi zmysłami i rozumem? To, że otaczającą nas rzeczywistość poznajemy naszymi zmysłami. Myślę, że dalszy komentarz jest tu zbyteczny, tautologia jest tu ewidentna." - dodaje Lewandowski. Krytyk nie zrozumiał jednak fragmentu stanowiącego przedmiot jego krytyki. Nie było bowiem mowy o tym, że poznawanie przez nas świata za pomocą zmysłów i rozumu jest dowodem na prawdziwość poznawania przez nas świata za pomocą zmysłów i rozumu, ale o "naturalnym domniemaniu", o jakim czasami pisałem, czyli stwierdzeniu, że skoro nasz naturalny aparat zmysłowy i racjonalny pozwala nam trafnie rozpoznawać rzeczywistość w jakiej egzystujemy (dzięki czemu np. możemy przewidywać w określonym zakresie pewne prawidłowości zdarzeń w tejże rzeczywistości), więc na zasadzie domniemania nasze czynności poznawcze opierają się na tym naturalnym aparacie, którego skuteczność została stwierdzona w pewnych aspektach.
Odpowiedź:
Jak widać, Agnosiewicz wycofuje się teraz pospiesznie rakiem z tezy, którą sam wyartykuował, pisząc przecież samemu w powyższym cytowanym przeze mnie fragmencie, że coś on poznaje, i że to weryfikuje. A teraz nie, aby zlikwidować tautologię w swym rozumowaniu Agnosiewicz próbuje rozmyć to co pisał za pomocą stwierdzenia, że nie ma tam mowy o poznawaniu, tylko o jakimś „naturalnym domniemaniu. Dalej objaśnia, że to tajemnicze „naturalne domniemanie” (które z nazwy kojarzy się z intuicją podobną do subiektywnych doznań duchowych u wierzących) jest jednak oparte na czymś, co „pozwala nam trafnie rozpoznawać rzeczywistość”. Czyli w zasadzie wychodzi na to samo, zamienił stryjek siekierę na kijek, starając się żonglować słowami i ich znaczeniem, aby w ten sposób próbować uniknąć jakoś wytkniętej tautologii. Nadal nie wiadomo jednak w zasadzie na jakiej podstawie Agnosiewicz twierdzi, że jednak „trafnie rozpoznajemy rzeczywistość w jakiej żyjemy”. Twierdzenie to nadal jest obarczone błędem z klasy petitio principii, odwołując się w swym uzasadnieniu do własnego mniemania opartego na „domniemaniu”, że „nasze czynności poznawcze opierają się na tym naturalnym aparacie, którego skuteczność została stwierdzona w pewnych aspektach”. Problem polega tu na tym, że owo potwierdzenie wciąż jest domniemane, dlatego widmo błędnego koła i dowodzenia czegoś na podstawie odgórnego założenia ciągle wisi nad tą kwestią. Nawet gdyby na chwilę przyjąć, że nie ma tu tautologii, że rzeczywiście jakieś aspekty rzeczywistości pozwalają się prawidłowo rozpoznać, to tak czy inaczej bezspornie występuje tu wspomniany wcześniej w dyskusji błąd logiczny pars pro toto, który polega na tym, że na podstawie części wnioskuje się o całości. W tym wypadku ową częścią są wspomniane przez Agnosiewicza „pewne aspekty”. Te „pewne aspekty”, a raczej domniemana pewność sądów uzyskana na ich podstawie, pozwalają Agnosiewiczowi „naturalnie domniemywać”, że „trafnie rozpoznajemy rzeczywistość w jakiej egzystujemy”. Jak widać, wywody Agnosiewicza mnożą tylko problemy i błędy logiczne, nie redukując ich.
Z moich tekstów komentator wychwycił wprawdzie, że wnioskowanie "ponieważ poznajemy, więc poznajemy", jakie mi przyszył, jawi się trochę niewyraźnie, gdyż stwierdza dalej: "Co ciekawe, ten sam ateusz w innym miejscu przyznaje..." - po czym przytacza moją wypowiedź świadczącą, że wcale nie dowodzę pewności poznania przez to tylko, że mam wbudowany naturalnie aparat poznawczy. A w przypisie do tego dodaje: "Inne ciekawe stwierdzenia poddające jakby w niepewność epistemologię ateisty..." - i przytacza jeszcze inną moją wypowiedź, która nie pozostawia żadnych wątpliwości co do rzekomej tautologii. To co tak "jakby" zaciekawiło krytyka, to po prostu moje wyraźne zaprzeczenie przyszywanej mi tautologii. To ciekawe, że ateusz nie uważa tego co ja uważam, że on uważa...
Odpowiedź:
Cóż, nic nie poradzę na to, że Agnosiewicz nie jest konsekwentny w swych wywodach.
Wyjaśnijmy teraz o co mi chodziło z tym domniemaniem. Otóż domniemania opierają się na pewnych stwierdzonych prawidłowościach, np. z faktu, że dzieci rodzące się w małżeństwie pochodzą na ogół od obojga małżonków, w prawie przyjmuje się domniemanie ojcostwa męża matki dziecka. Jest to jednakże domniemanie wzruszalne, gdyż pewien odsetek dzieci rodzący się w małżeństwach rodzi się bez czynnego udziału małżonka (sprawcą był oczywiście "Duch Święty"). Czasami się tak zdarza, że małżonek poweźmie grube wątpliwości co do swojego udziału w akcie miłości w następstwie którego rodzina uległa powiększeniu i przed sądem stara się obalić domniemanie.
Podobnie z aparatem poznawczym. Możemy zakwestionować jego prawidłowe funkcjonowanie co do określonych fragmentów rzeczywistości. Wiemy, że tak się właśnie dzieje i przyjmujemy dziś takie wnioski, które w poznaniu "z domniemania" były mistyfikowane. Jest to problem poznania "naszego świata", ale obecnie zdajemy sobie sprawę, że w odniesieniu do "innych światów" jest to jeszcze bardziej widoczne, i że naturalny aparat poznawczy jest tutaj bardzo ułomny. Poznanie tutaj może sprowadzać się ostatecznie do równań matematycznych. Można od biedy wierzyć, że to bardzo mało, że zza równań nie widać "tronu Boga" jaki się tam niechybnie znajduje, ale racjonalista odrzuca taki pogląd jako przejaw gigantycznej naiwności.
Aby przełamać "domnienanie naturalne" należy to udowodnić, a nie opierać swe przekonania na powszechności plotek, czy szalonej wizji, że skoro stwierdzono "nieprawe" pochodzenie iluś tam brzdąców, tedy automatycznie należy powziąć wątpliwości w skali ogólnej co do wszystkich dzieci rodzących się w małżeństwach. A może wszystkie rodzą się bez udziału mężów?
Śmierć połowy "Krytycznej analizy metody poznawczej ateizmu" uczcijmy chwilą milczenia...
Odpowiedź:
Mamy tu do czynienia z jakąś mętną demagogią. Jak rozumiem, Agnosiewicz chce, aby za każdym razem, kiedy tylko istnieje spór odnośnie jakiegoś twierdzenia „racjonalistycznego”, to oponent powinien dowieść bezzasadności tego twierdzenia. I gdzie tu nagle podziało się całe to postulowanie, że wszystko to co głosi racjonalista jest nie tak jak u teisty brane na wiarę Jak głosi stara zasada „racjonalizmu”, dowodzi się istnienia czegoś, a nie nieistnienia, więc zrzucanie w tym momencie na mnie obowiązku onus probandi w zakresie dowodzenia niesłuszności jakiejś tezy racjonalizmu, jest co najmniej dziwne.
II. Musimy poznawać rzeczywistość w sposób poprawny, bowiem gwarantuje nam to natura, jaka wydała nas na świat.
Obrona
Odnośnie tej kwestii należy przede wszystkim stwierdzić, iż po tautologii jest to drugie poważne zniekształcenie tej samej mojej wypowiedzi - z mojego zdania o domniemaniu naturalnym (ani z jakiegokolwiek innego) nie wynika teza, że "musimy poznawać rzeczywostość w sposób poprawny". Jest to apologetyczny wymysł.
Odpowiedź:
Jeśli tak, to jeszcze gorzej. Jeśli bowiem „racjonaliści” nie roszczą sobie prawa do poprawności w poznaniu rzeczywistości w zakresie swego światopoglądu, to jest to ostateczne oddanie hołdu tezie postawionej w moim tekście, zgodnie z którą epistemologia racjonalna nie ma patentu na odkrywanie prawdy o rzeczywistości. Zauważmy, że ten sam zarzut „racjonaliści” stawiają właśnie teizmowi.
Wyjaśnieniem tego są przede wszystkim moje powyższe uwagi o rzekomej tautologii. Podobnie jak w części I., na pierwszym akapicie mógłbym skończyć moją replikę. Dodam jednak do tego kilka uwag.
Wyjaśnienia szczegółowe
1. Katolickie siły chaosu
Oprócz donkiszoteryjnego obnażania słabości zmysłów polemista w następujący sposób próbuje zniekształcać naukowy punkt widzenia rozumu i umysłu: "zgodnie z punktem widzenia ateizmu nasze umysły nie są tworem z wyposażonym przez Boga aparatem umożliwiającym poprawne, rozsądne i racjonalne poznanie rzeczywistości, są one tylko produktami przypadkowych sił chaosu, powstałymi na drodze ślepej ewolucji. Tym samym nasze umysły jako chaotyczny twór ewolucji nie są żadnym gwarantem dla jakiegokolwiek uporządkowanego i "racjonalnego" procesu poznawczego względem świata. W takim wypadku nie wiadomo, czy cokolwiek poprawnie poznajemy, interpretujemy, czy nie tworzymy w naszych umysłach jedynie kolejnych idei chaosu." Muszę przyznać, że nie mam pojęcia co autor ma na myśli mówiąc o "siłach chaosu", "chaotycznym tworze ewolucji" (dalej zamiennie także jako: "twór chaosu"), "ideach chaosu". Nic sensownego z tego nie wynika, a jedyny chaos jaki można tam stwierdzić, to chaos wywodu (według autora "twór chaosu" powstały jako produkt "sił chaosu" jest "chaotycznym tworem") oraz chaotyczne wyobrażenie o ewolucji, na co należałoby autorowi (jak i jemu podobnym) polecić uzupełnienie wiedzy w tym zakresie, aby w przyszłości wiedzieć więcej i np. nie mylić ewolucji z metafizyką.
Odpowiedź:
W powyższym wywodzie Agnosiewicz zdaje się nie rozumieć o co mi chodzi, zarazem trafnie jednak stwierdza w przypisie nr 6 do swego tekstu, że: „Za >>chaos<< w ewolucji można uznać przypadkowe mutacje. Czynnikiem >>porządkującym<< jest jednak dobór naturalny”. Tak mniej więcej uważam, pisząc o „chaosie” miałem na myśli właśnie przypadkowe mutacje.
Wedle prawdopodobieństwa autor chciał nam powiedzieć, że jego zdaniem mózg jako produkt powstały w procesie przypadkowych mutacji i doboru naturalnego nie byłby w stanie prawidłowo odbierać rzeczywistości oraz formować jej obrazu, i nie mielibyśmy przy takich założeniach jakiejkolwiek pewności, że poznajemy rzeczywistość, gdyż równie dobrze mogłyby to być obrazki zupełnie fikcyjne i do rzeczywistości nieprzystające (najpewniej owe "idee chaosu").
Odpowiedź:
Tak, mniej więcej o to mi chodziło. Przypadkowe mutacje tworzą nasze umysły w długotrwałym procesie. Czynnikiem porządkującym ów chaos przypadkowych mutacji tworzących nasze mózgi miałby być dobór naturalny. Jednakże z ateistycznego punktu widzenia problem polega na tym, że nie wiemy w jakim zakresie ów dobór naturalny organizujący materię ożywioną w coraz bardziej złożone biologicznie organizmy, jest w stanie wyeliminować przypisaną nam niejako z natury przypadkowość, jakiej jesteśmy produktem. Formy życia, biologicznie zorganizowane niewiele gorzej od nas (np. szympansy) nie posiadają już rozbudowanych zdolności poznawczych, czy zdolności abstrakcyjnego myślenia na takim poziomie jak nasz. Z ateistycznego punktu widzenia istnieje też problem, który polega na tym, że nie wiemy w jaki sposób przypadkowe mutacje miałyby w zaawansowanym a nie tylko pobieżnym ulepszać nasz proces poznawczy względem świata. Nie ma żadnego dowodu na to, że tak się właśnie dzieje. Na tym poziomie jesteśmy upoważnieni tylko i wyłącznie do twierdzenia, że proces przypadkowych mutacji ulepsza nas biologicznie, obdarzając nas percepcją w zakresie podstawowym (ewolucja „dała” nam oczy, węch, słuch, smak, zdolność kojarzenia w zakresie umożliwiającym nam przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku, itd.). Na zasadzie analogii można by również odnieść się w tym miejscu do Wszechświata. On też jest w jakimś stopniu zorganizowany. Planety krążą w idealnym porządku grawitacyjnym. Patrząc jednak z drugiej strony, ten sam Wszechświat można potraktować jako rozszerzający się chaos. Tak samo można spojrzeć na nasz mózg. Proces porządkujących nasz mózg przypadkowych mutacji z jednej strony zapewnia nam coraz lepszą równowagę i stabilność biologiczną organizmu. Takie jest głównie jego zadanie. Nie wiemy jednak, na ile wciąż jesteśmy chaosem w zakresie naszego poznania. Nic nie wskazuje na to, że poznanie to ma być pewne w bardziej zaawansowanej formie, że gdy na podstawie często szczątkowych i niejednoznacznych przesłanek wypowiadamy sądy o rzeczywistości, to te sądy są pewne poznawczo. O to dokładnie rzecz biorąc mi chodziło.
Jednak gdyby nasze umysły wytwarzały obrazy, które nijak się mają do rzeczywistości, to my nie bylibyśmy w tej rzeczywistości w stanie przetrwać. Mózgi, które wytwarzały złe odwzorowania - wyginęły. Pozostały te, które rzeczywistość "obrabiały" w sposób zadowalający.
Odpowiedź:
Tu jest jednak problem, bowiem do przetrwania wystarczy nam bardzo pobieżne odwzorowanie rzeczywistości w naszym aparacie zmysłowym. Nie musi też ono być nawet za każdym razem poprawne. Mamy możliwość ponownych prób i pomyłek, osiągania czegoś metodą prób i błędów. Przecież rzadko kto prowadzi żywot sapera. Aby przetrwać w rzeczywistości i nie wyginąć, często w ogóle nie jest nam potrzebne prawidłowe odwzorowanie rzeczywistości w naszym aparacie zmysłowym. Wiele z naszych decyzji da się odwrócić i poprawić, nawet, jeśli założyć, że mamy na myśli społeczność ludzką na niskim stopniu rozwoju cywilizacyjnego, bytującego w brutalnej rzeczywistości. Dlatego tu upada „racjonalistyczny” postulat głoszący, że przetrwanie w rzeczywistości wymusza zaistnienie w nas poprawnego aparatu poznawczego względem tej rzeczywistości. Aparat ten musi być dokładny tylko w pewnym bardzo wąskim zakresie. Światopogląd (jakikolwiek, także racjonalistyczny) wymaga zaś o wiele szerszego aparatu poznawczego, wychodzi bowiem poza banalny w porównaniu z tym problem naszego przetrwania. Ponadto, stanowisko głoszące, że dotychczasowe przetrwanie na naszej planecie jest samo w sobie gwarantem prawidłowego poznania naszej rzeczywistości, jest też błędne z tego powodu, że nasza rzeczywistość to w takim wypadku tylko nasza planeta, bowiem tu wyewoluowaliśmy. Oznacza to, że wedle powyższej tezy nasze poznanie rzeczywistości mogłoby co do swej poprawności być zagwarantowane jedynie w prawidłowym poznaniu rzeczywistości na naszej planecie. Nasze zmysły nie byłyby jednak z punktu widzenia takiego stanowiska zdolne do poznania tego, co leży poza obszarem naszej planety, i decyduje o tworzeniu się naszego światopoglądu odnośnie świata. W tym momencie nauki takie jak astrofizyka, która bada historię i rozwój naszego Wszechświata (zatem jest to dziedzina ważna dla światopoglądu ateistycznego, który bardzo często orzeka o początku, historii i naturze Wszechświata na bazie właśnie astrofizyki), stałaby pod znakiem zapytania w kwestii poprawności uzyskiwanych obserwacji i ich interpretacji.
Jak się wydaje, z tego problemu zdawał sobie częściowo sprawę już Arystoteles, który pisał: „Obserwacja (dotycząca zjawisk niebieskich) dostarcza nam bardzo mało danych zmysłowych, które by pozwoliły je studiować i poznać to, co pragniemy o nich wiedzieć. Gdy chodzi o rzeczy podległe zniszczeniu, takie np. jak rośliny i zwierzęta, jesteśmy w lepszym położeniu – bo żyjemy wśród nich […]”[26].
Natomiast nie ma wątpliwości, że nasz aparat zmysłowo-racjonalny "z natury" obrazuje rzeczywistość w sposób z pewnym marginesem błędu, obraz ten jest częściowo zniekształcony, częściowo ograniczony.
Odpowiedź:
Zauważmy, ze Agnosiewicz mówi tylko o marginesie błędu. Nie podał jednak żadnych argumentów za tym, że rzeczywiście jest to margines. Skąd wiadomo, że nasze poznanie nie jest tylko mar